Portal Aktywni.pl korzysta z plików cookies. Korzystając z serwisu zgadzasz się na ich przyjmowanie. Zapoznaj się z naszą polityką cookies. Zamknij powiadomienie.

Aktywna strefa Forum

Zaloguj się przez Facebooka

Rower »
Wszystkie
» Rowerem wokół Skandynawii
Który sportowiec lepszy? Wybierz!
vs


Aktywne pojedynki: zobacz rankingi zdjęć »
rozstrzygaj pojedynki
dodawaj zdjęcia
sprawdź kto wygrał

Rowerem wokół Skandynawii

Autor: Grzegorz Miedziński  Data publikacji: 2008-09-10

Tagi: jazda na rowerze, rower, skandynawia, trasy rowerowe, wycieczki rowerowe Rower

Galeria artykułu

Pomysł objechania Półwyspu Skandynawskiego zrodził się w 2004 roku, jednakże z racji zbliżającego się końca studiów i braku funduszy, odłożyliśmy jego realizacje na jakiś czas. Rok później większość spraw układała się pomyślnie, dzięki czemu przygotowania do wyprawy szły dość dobrze. Udało nam się pozyskać sponsorów, którzy ufundowali odzież i części rowerowe, produkty energetyczne i suplementy, a także mapy. Kilka sklepów dało nam spore rabaty na zakup niezbędnego sprzętu. Nie mielibyśmy tego, gdyby nie dotychczasowe osiągnięcia sportowe oraz patroni medialni, nagłaśniający nasze przedsięwzięcie.

W cztery osoby, dobrze przygotowani i pełni wiary w powodzenie wyprawy, rozpoczynamy podróż 12 lipca 2005 roku w Suwałkach.

Republiki nadbałtyckie
Po przekroczeniu granicy z Litwą, kierujemy się na Marijampole, a stamtąd na leżący nad Niemnem - Jurbarkas. Od samego początku doskwiera nam upał i brak asfaltowych poboczy. Płaskimi drogami, w otoczeniu pól i łąk zdobywamy Szawle. Kilka kilometrów na północ od miasta zwiedziliśmy Górę Krzyży, na której panował niepowtarzalny, mistyczny klimat. Dziesiątki albo i setki tysięcy różnej wielkości krzyży - głęboko nas to poruszyło. Spotkaliśmy tam Polaka, wracającego rowerem z północnej Norwegii. Przestrzegł nas o hordach komarów na północy Finlandii, lecz pocieszył mówiąc o świetnej pogodzie w Norwegii. Kolejnym ciekawym miejscem na naszej drodze stała się stolica Łotwy. Tuż przed miastem Andrzej łapie pierwsza gumę, a szkoda, bo nabraliśmy dobrego tempa. Ryga - ładnie położona, z osobliwą starówką, jest warta dłuższego zwiedzenia. Dalej, podążając już wybrzeżem Bałtyku, wjeżdżamy do Estonii. Od razu można było tu zauważyć lepsze drogi, nowocześniejszą infrastrukturę. Aż wierzyć się nie chciało, że mieszka tu mniej więcej tyle ludzi, co w Warszawie! Pod koniec drugiego dnia pobytu w tym kraju, nocujemy w Tallinie, na posesji bardzo gościnnej rodziny. Dzięki temu zostawiliśmy u nich cały sprzęt i zwiedziliśmy przepiękne stare miasto oraz ogromny amfiteatr. Tym samym kończymy ten etap podróży. Nazajutrz wypływamy w prawie czterogodzinny rejs promem do Helsinek.

W kraju tysiąca jezior
Stolica Finlandii to duże i rozlegle miasto. Z nowoczesną siecią dróg i zabudowań, sąsiadują tam okazałe katedry, muzea, kościoły i piękne fontanny. Mimo swej wielkości, Helsinki nie przysparzają problemów rowerzystom. Poruszając się dobrze oznakowanymi ścieżkami, wydostaliśmy się ze stolicy i kierowaliśmy się na Valkeakoski. Jest to partnerskie miasto Jeleniej Góry (z której pochodzimy), z którego władzami skontaktowaliśmy się przed wyjazdem, zapowiadając nasz przyjazd na jeden dzien. Trochę odpoczęliśmy, przepakowaliśmy bagaże, zjedliśmy porządne śniadanie i obiad, a nie dotychczasowe „sztuczności" zalewane wrzątkiem. Następnie udaliśmy się do Tempere, skąd pociągiem dojechaliśmy do Rovaniemi. Zastał nas deszcz i chłód. Tuż za miastem znajduje się wioska św. Mikołaja - kilka sklepów z pamiątkami oraz poczta, no i oczywiście sam święty, z którym za drobną opłatą można było zrobić sobie zdjęcie. Przebiega tamtędy linia kola podbiegunowego (66033'07"). Tego dnia mieliśmy niezapomniany nocleg - w drewnianej chacie, stojącej nad rzeką, w której była sauna! Dodatkowo z racji szerokości geograficznej i pory roku, było jasno prawie przez całą noc. Przez kilka dni organizm nie mógł się do tego przyzwyczaić. Im dalej jechaliśmy na północ, tym więcej widzieliśmy reniferów. Zwierzęta te nie bojąc się samochodów, przechadzały się całymi grupami po drogach. Jednak widząc nas, pędzących na rowerach, uciekały w pobliskie zarośla. Za Ivalo nasza trasa wiodła wzdłuż przepięknego i jednego z największych fińskich jezior - Inari. Zbliżając się do Karigasniemi, a tym samym do Norwegii, pokonaliśmy ok. 50-cio kilometrowy odcinek "garbów". Zjazd, podjazd, zjazd, podjazd i tak w kółko. Z bagażem, jaki przyszło każdemu z nas wieźć (ok. 25 kg), nie była to lekka sprawa. Rekompensatą za ten trud, był jak się potem okazało, rekord prędkości całej wyprawy - 76 km/h, ustanowiony na ostatnim zjeździe. Na granicy spotkaliśmy trójkę Polaków, także na rowerach, jadącą również na Nordkapp.

Przetrwać na północy
Już drugiego dnia w Norwegii, pogoda dała się we znaki. Silny wiatr i ulewnie padający deszcz odbierał ochotę do jazdy. Momentami podmuchy były tak potężne, że uniemożliwiały jazdę - kilka razy nawet się przewróciliśmy. Spotkaliśmy kolejnego rodaka, podróżującego również na dwóch kółkach. Z powodu sztormu, szukaliśmy noclegu u mieszkańców małej osady rybackiej, gdyż rozbicie namiotu graniczyło z cudem. Przyjął nas wspaniały człowiek, który dał nam do dyspozycji przyczepę kempingowa i garaż. Cudownie było spać w suchym, bezpiecznym miejscu. Niestety ta koszmarna aura, miała utrzymać się jeszcze przez kilka dni. Wiedząc, że Nordkapp juz tak blisko, zastanawialiśmy się co dalej robić: przeczekać, czy ryzykować? Postanowiliśmy pojechać tam autostopem. Droga była kręta, miejscami bardzo stroma. Wiodła przez dwa tunele, z czego jeden, prawie ośmiokilometrowy, przebiega pod morzem. Na miejscu zastaliśmy cały kompleks turystyczny: restauracje, bar, sklep, pocztę itd. Mimo ulewy, nie szczędziliśmy triumfalnych zdjęć przy metalowym globie - znaku rozpoznawczym tego najbardziej wysuniętego na północ punktu Europy. Wracając autem z turystami ze Szwecji, do naszego "tymczasowego" obozu, żałowaliśmy, że pogoda nie pozwoliła nam zdobyć celu wyprawy na rowerach. Ale jazda w ulewie, przy 2 C0 i szalejącym wietrze, nie byłaby mądrym rozwiązaniem. Nazajutrz, już na rowerach, powróciliśmy do Russenes, skąd kierowaliśmy się drogą krajową E6 na Alte. W małej miejscowości Käfjord, zwiedziliśmy Muzeum Tirpitza - niemieckiego pancernika, zatopionego w pobliskim fiordzie w 1944 roku.

Jadąc nad morzem, mogliśmy podziwiać wspaniałe góry, fiordy, a także typową norweską zabudowę. Przeszkadzał niestety wiatr, wiejący najczęściej w twarz. Utrudniało to jazdę w dobrym tempie, gdyż pełne sakwy i namiot dawały spore opory powietrza. W Storslett zasięgnęliśmy informacji o promie opływającym Lofoty. Okazało się, że jest rejs wycieczkowy po całym wybrzeżu norweskim i można w trakcie jego trwania wejść na pokład w Tromso, a zejść w Bodo i tym samym zobaczyć wyspy, na których tak nam zależało. Dlatego z Olderdalen przeprawiliśmy się do Lyngseidet, następnie dojechaliśmy do Svendby, aby ponownie krótkim promem dopłynąć do Breivikeidet, skąd w pięknej, górzystej scenerii dotarliśmy do Tromso. Miasto było bardzo ciekawie usytuowane - na wyspie i obydwu brzegach cieśniny, w której wspomniana wyspa leżała. W nocy, na pokładzie MS Narvik, wypłynęliśmy w 24-godzinny rejs. Po drodze zawinęliśmy do kilku portów, w których mogliśmy zejść na ląd m.in.: Harstad, Sortland, Svolvaer, Stamsund. Widok górskich zboczy schodzących do samego morza zapierał dech w piersiach. Niesamowite, monumentalne formy skalne, porośnięte karłowatą roślinnością - dziewicze, praktycznie nieskażone przez człowieka tereny. Szczególnym zakątkiem była zatoka, w której znajdował się przeszło 400-metrowej wysokości tzw. "Fiord Trolli" ( Trollfjorden ).

Po dopłynięciu do Bodo, udaliśmy się do Międzynarodowego Muzeum Lotnictwa, w którym spędziliśmy prawie cały dzien. W ogromnej hali, w kształcie śmigła, można było zobaczyć dziesiątki cywilnych i wojskowych samolotów konstruowanych i używanych w XX wieku, a także mnóstwo mundurów, silników, map, sprzętu nawigacyjnego i wszystkiego, co związane z lotnictwem.

Następnie ruszyliśmy do Fauske, skąd ponownie E6 na południe do Storjord, a tam odbiliśmy na wschód w kierunku Szwecji. Wjechaliśmy tam na teren Norweskiego Parku Narodowego Saltfjellet-Svartisen , o powierzchni ponad 2 tys. km2. Zobaczyliśmy kilka ośnieżonych szczytów górskich, mających po 1500 metrów wysokości i więcej. Nocowaliśmy w turystycznej miejscowości Junkerdal. Jednak przed nią czekał nas 5-kilometrowy podjazd o 10 procentowanym nachyleniu. Jednak w promieniach słońca i z pięknymi widokami, nie był taki straszny. Tą noc spędziliśmy w starym domu, położonym u podnóża potężnej góry. Tym miłym akcentem zakończyliśmy przemierzanie Norwegii. Spotkaliśmy bardzo gościnnych i pomocnych ludzi, o czym może świadczyć fakt, ze kilkakrotnie spaliśmy w ich domkach letniskowych lub przyczepach kempingowych. Warto jednak pamiętać, wybierając się do tego kraju, że pogoda często płata figle, czasami nawet latem, a ceny produktów spożywczych są jednymi z najwyższych w Europie. Jednakże przepiękne góry i fiordy, ciągnące się przez całe wybrzeże, są jedyne w swoim rodzaju i są warte poświecenia i trudu by je zobaczyć.

Kraj trzech koron
Droga, którą podążaliśmy od samej granicy wiodła po płaskowyżu. Jednak, aby na niego się dostać, trzeba było pokonać długi, prawie 15-kilometrowy podjazd, zmieniający co rusz swoje nachylenie (5%, 9%). Przez dobrych kilkadziesiąt kilometrów nie było żadnej miejscowości, tylko mały zajazd i tablica informująca o przekroczeniu koła podbiegunowego. Przed Arjeplog zjechaliśmy na szutrową drogę, biegnąca wzdłuż jez. Uddjaure, którą dojechaliśmy pod Sorsele. Jakość tej nawierzchni była lepsza niż nie jedna polska, asfaltowa droga... No cóż, może się kiedyś takich dróg doczekamy. Dalej kierowaliśmy się na Storuman i Vilhelmine, potem Hoting i  do Junsele. Tych kilka etapów, wiodło przez praktycznie płaskie tereny, na których roślinność była co raz bujniejsza, a liczne jeziora obfitowały w ryby i ptactwo. W Näsaker nocowaliśmy na kempingu prowadzonym przez Polkę. Zwiedziliśmy tam, znajdujące się nad rzeką, niesamowite ryty skalne, mające od 3,5 nawet do 6 tysięcy lat! Stamtąd, przejeżdżając przez Solleftea, ruszmy do Sundsvall. Razem z kilkoma małymi miejscowościami, jest to spora aglomeracja. W centrum podziwiamy okazały ratusz, kilka zabytkowych kamienic i monumentalną gotycką katedrę. Niestety, jak większość innych świątyni w Szwecji, była zamknięta. Potem chcieliśmy się kierować na południe drogą E4, prowadzącą już do Sztokholmu. Jednak niektóre odcinki były drogami szybkiego ruchu, bądź autostradami. Dlatego poruszaliśmy się równoległymi, bocznymi trasami. Dzięki temu mogliśmy przyjemnie i bezpiecznie jechać, podziwiając otaczającą nas przyrodę i ładną zabudowę. Bez problemów znajdowaliśmy miejsca na noclegi, nierzadko na posesjach gościnnych mieszkańców. Kolejne duże miasta, jakie znalazły się na naszym szlaku to Gävle i Uppsala. W tym ostatnim zwiedziliśmy wspaniałą katedrę, której budowa trwająca blisko 200 lat zakończyła się na początku XV w. W jej mierzącym 27 m. wysokości wnętrzu, znajdowały się kaplice m.in.: Gustawa Wazy i Królowej Katarzyny Jagiellonki. Następnego dnia dojechaliśmy do stolicy Szwecji - Sztokholmu. Przejazd przez tą ogromną metropolię byłby niemożliwy, gdyby nie sieć dobrze oznakowanych ścieżek rowerowych. W samym centrum było tyle różnych zabytków, muzeów i innych ciekawych miejsc, że nie wiedzieliśmy gdzie się udać. Ostatecznie zobaczyliśmy Muzea: Narodowe i Modernizmu, Operę Królewska, Katedrę, Pałac Królewski, stare nabrzeże portowe i wiele bliżej nieokreślonych placów, gmachów itp. Pozostałą część miasta to bardzo nowoczesna zabudowa i plątanina dróg, tuneli, trakcji kolejowej. Spotkać tu można ludzi niemalże każdej europejskiej nacji. To prawdziwa światowa stolica.

Po noclegu na obrzeżach miasta udajemy się do Nynäshamn, gdzie spotykamy kolejnych Polaków podróżujących na rowerach. Okazało się, że następnego dnia oni także płyną promem Scandinavia do Gdańska. Po 18-tu godzinach rejsu zawijamy do portu, skąd udajemy się na starówkę... jednak to już inna historia.

Nasza 40-sto dniowa wyprawa rowerowa "Dookoła Skandynawii" zakończona. Przemierzyliśmy sześć krajów, dwie strefy klimatyczne, robiąc ponad 4 tyś. km na rowerze i kilkaset pięcioma różnymi promami. Poznaliśmy dziesiątki wspaniałych ludzi, zobaczyliśmy niesamowite dzieła przyrody i ludzkich rak. Wydaliśmy po drodze ok.1500 zł/os., zrobiliśmy ponad 1400 zdjęć. Po latach patrząc na nie, będziemy wracać pamięcią do tych niezapomnianych chwil, spędzonych na odkrywaniu zakątków Półwyspu Skandynawskiego i własnego wnętrza. To była przygoda naszego życia!

1 osób dodało "Rowerem wokół …" do ulubionych (kto?)
Zaloguj się, aby zapisać w ulubionych
Katarzyna Gołębiowska

Katarzyna

Warszawa

Podziel się swoją opinią!

dodaj komentarz
marc marc

marc

Warszawa

2009-01-05 11:49

Fenomenalna wyprawa!

Masz konto na portalaktywni.com?

Nie pamiętasz hasła? | Zarejestruj się

Dodaj komentarz

Nie musisz zakładać konta, żeby podzielić się swoją opinią. Dodaj komentarz już teraz.

dodaj komentarz

Dodaj komentarz

imię lub nick: *

wróć

adres e-mail: * (adres e-mail nie będzie widoczny)

wpisz tekst z obrazka *

* - pola wymagane
Polecane na Aktywni.pl
Aktywne Pojedynki
Który sportowiec lepszy? Wybierz!
vs
Reklama
Reklama
Zgłoś uwagi

Zgłoś uwagi do strony Aktywni.pl